Logo tylkoskoki

Jan kowalczyk

Podczas zawodów Cavaliada w Warszawie udało nam się porozmawiać z Janem Kowalczykiem. W krótki, ale bardzo rzeczowy sposób mistrz olimpijski ocenia aktualny stan polskich skoków przez przeszkody.

Karina Olszewska: Chcielibyśmy porozmawiać z Panem o współczesnym jeździectwie, jednak nie sposób nie zapytać Jana Kowalczyka o medale olimpijskie.

Jan Kowalczyk: Jeśli chodzi o medale, to w moim przypadku sprawdziło się przysłowie „do trzech razy sztuka”. W 1968 roku wystartowałem w moich pierwszych Igrzyskach Olimpijskich, które odbywały się w Meksyku.

Wcześniej, z powodzeniem startowałem na arenie międzynarodowej i m.in. zająłem czwarte miejsce w mistrzostwach Europy. Niestety, występ na olimpiadzie nie był udany. Mój podstawowy koń Drobnica odmawiał skakania przeszkód i nie pojechałem w konkursie indywidualnym. W 1972 roku w Monachium, na trzy godziny przed startem padł mój koń Chandżar. Podczas podawania zastrzyku z glukozą i witaminą C tak się tym zestresował, że nie wytrzymał i jego serce pękło. Po raz kolejny pojechałem na rezerwowym koniu. Miesiąc przed trzecią olimpiadą złamałem obojczyk. W Szczecinie skakałem mur wysoki na 210 cm i niestety spadłem z konia. Krzysiu Koziarowski przez trzy tygodnie pod moim okiem jeździł Artemora. Pomagał utrzymać go w dobrej dyspozycji fizycznej. Dopiero tydzień przed olimpiadą siedziałem w siodle. To było moje trzecie podejście. Znałem Artemorka już jakiś czas. Wygrywaliśmy razem duże konkursy na zachodzie. Był to bardzo nerwowy i wybuchowy koń. Od razu chciał wyjść na parkur i skoczyć wszystko za jednym razem - tyle miał w sobie energii.

Artemor Jan Kowalczyk img02

Wszyscy mówili, że jestem faworytem, że muszę tam wystartować. Na dodatek, kraje zachodu nie przyjechały do Moskwy. Gdyby nie to, nie mielibyśmy drużynowego srebra, a pewnie czwarte lub piąte miejsce. Indywidualnie też bym nie wygrał. Zależało mi, żeby pokonać parkury igrzysk bezbłędnie. Niestety miałem zrzutkę na ostatniej przeszkodzie, pamiętam jak dziś, że była to stacjonata. Już za bardzo się rozluźniłem i Artemorek zahaczył o drąg. Było jak było, wyniku nie da się już zmienić. Taki występ w wykonaniu Polaka długo się nie powtórzy. W drużynie jechałem z Marianem Kozickim, doświadczonym skoczkiem, z którym objechałem cały zachód. Startował też Wiesław Hartman i jako czwarty był Janusz Bobik. On był jeszcze młody. Dla nas, doświadczonych zawodników start w Igrzyskach nie był niczym spektakularnym. Jeździliśmy największe zawody na świecie i to z dobrymi wynikami. Wygrałem CHIO w Akwizgranie i w Rotterdamie, a na mistrzostwach Europy plasowałem się w czołówce. Udało mi się zwyciężyć również w Konkursie Mistrzów (w Akwizgranie), w którym startowali najlepsi jeźdźcy z całego świata. Właśnie to doświadczenie pozwoliło mi podchodzić do Igrzysk Olimpijskich, jak do normalnych, dużych, międzynarodowych zawodów, gdzie każdy musi patrzeć tylko na to, by pojechać jak najlepiej.

KO: Jesteśmy na warszawskim Torwarze. Polacy wygrywają konkurs za konkursem. Jak ocenia Pan ich sukcesy?

JK: Dobrze, że wygrywają nasi, a nie obcokrajowcy. Rzeczywiście tych sukcesów jest tu sporo, ale nie ma się co oszukiwać. Tu nie przyjechali czołowi zawodnicy ze świata, tylko głównie Europa Środkowa, czyli druga liga. Uważam, że najlepszymi polskimi skoczkami są obecnie Jarosław Skrzyczyński, Michał Kaźmierczak, Krzysztof Ludwiczak i Wojciech Wojcianiec. Jednak by wystartować w Igrzyskach Olimpijskich, trzeba jeździć po największych zawodach międzynarodowych i dobrze pokazywać się w kwalifikacjach – innej drogi nie ma. Startują na zachodzie, ale mają za mało doświadczenia w takich imprezach jak mistrzostwa Europy czy mistrzostwa świata. W zeszłym roku mieliśmy tylko jednego reprezentanta w Goteborgu. Musimy mierzyć do światowej czołówki. To, że jesteśmy dobrzy tu u siebie to za mało. Jak mówiłem, to druga liga, wschodnia liga.

Oczywiście to wszystko nie jest takie proste. Dobry zawodnik musi mieć co najmniej cztery konie na duże rundy i wymieniać je na każdych zawodach, by nabierały doświadczenia, obycia. Nie może mieć tylko jednego konia, bo jak on zakuleje, to zawodnika nie ma. Kadrowicze powinni mieć co najmniej 100 startów w roku na najwyższym poziomie. Wtedy przychodzi rutyna, doświadczenie zawodnika i konia, koń obywa się z publicznością i zawodnik się lepiej czuje. Jak ktoś raz wyjedzie za granicę i zobaczy tych wszystkich zawodowców, to się stresuje. Dochodzi trema i jedzie już inaczej niż w domu. Trzeba zdobywać doświadczenie i objeżdżać się na największych zawodach, a do tego mieć zaplecze. Ja w ciągu roku wygrywałem do 30 konkursów Grand Prix, a w Polsce niektórzy tyle konkursów nie przejadą. Widzę też, że wielu średnich zawodników wyjeżdża za granicę. Tego nie rozumiem, bo jeśli ktoś wie, że niczego nie ugra, to po co wydaje na te starty tyle pieniędzy? Rachunek jest prosty. Jeśli w najważniejszych konkursach nie będzie w pierwszej piętnastce, to nie dostanie ani grosza, a wszyscy wiemy, ile takie zawody kosztują. Albo ma konie na te konkursy i jedzie tam z konkretnym celem, albo zostaje w Polsce i trenuje tu, na zawodach.

525251469027862

KO: Czego Pana zdaniem brakuje teraz w polskim jeździectwie?

JK: Kiedyś dzieci zaczynały jeździć w wieku 5-7 lat w państwowych stadach i stadninach. Teraz jest tak, że to rodzice kupują konie swoim pociechom. Niestety, niektórzy z nich przyjadą pojeździć dwa, trzy razy w tygodniu i tyle. Brakuje treningów, systematycznej pracy. Nie ma już tych starszych rotmistrzów, przedwojennych trenerów. Każdy jeździ sam dla siebie i wyniki mamy takie, jakie mamy. Dostęp do koni jest utrudniony dla osób mniej zamożnych. Wtedy, w stadninach każdy mógł przebierać i przy każdym stadzie była sekcja jeździecka. Brakuje tych prawdziwych zapaleńców, chłopców z wiosek, którzy nie boją się pracy i wezmą widły do rąk. Kiedyś codziennie siedzieliśmy w stajni. Trzeba było wokół konia chodzić, chuchać, sprawdzać, a teraz każdy chciałby mieć wszystko podane na talerzu. Trzeba na to wszystko zapracować! Czyścić konie, uczyć się, jeździć co najmniej cztery konie dziennie, a nie wsiadać trzy razy w tygodniu i oczekiwać wyników.

KO: Czy w takim razie Pana zdaniem przeżywamy regres czy rozwój?

JK: Tragedii nie ma. Ale jeszcze raz powtórzę. Nasi dobrzy zawodnicy powinni jeździć na zachód, na największe zawody, by zdobywać doświadczenie. Tak jak my kiedyś jeździliśmy. Związek nas wysyłał do Szwajcarii, Niemiec, Anglii, Włoch na pięciogwiazdkowe imprezy. Tam wygrywaliśmy, wracaliśmy z pieniędzmi. Dzisiaj każdy jeździ sam dla siebie. Jak wygra to ma kasę, jak nie wygra to nie ma. U nas w kraju parkury są proste, zrobione pod naszych. Jak stoi 150 cm to już wszyscy uważają, że jest to duży parkur. Potem, jak taki zawodnik pojedzie na zachód i zobaczy jaki tam jest poziom, przestraszy się i wraca. My jeździliśmy parkury 160 cm, rozgrywki też po 170 cm i wygrywaliśmy, pojedyncze przeszkody sięgały 190 cm. Jak by tu, na Cavaliadzie postawili parkur jak w Rzymie czy Aachen to połowa by nie przejechała. Gospodarz toru widzi jakie ma konie i jakich zawodników. Niby ma być parkur do 155 cm, a tu widzę większość przeszkód 140-150. Parkury są dostosowane do poziomu zawodników.

Wracając do pytania, to widzę na zawodach coraz więcej młodzieży i to cieszy. Jeśli chodzi o liczbę startujących to przeżywamy zdecydowany rozwój. Teraz też jest więcej dziewczyn niż chłopaków. To nie są już te lata, w których ja jeździłem, gdzie chłopaki ze stadnin z widłami i grabiami biegali brudni po stajni.

Podobają mi się też zawodnicy z Łotwy, Litwy, Estonii i Węgier. Nie są tak zamożni jak na zachodzie, mają takie same konie jak my, a zasuwają po zawodach i czasami lepiej jeżdżą od Polaków. Kiedyś to my byliśmy górą, ale czasy się zmieniają i poziom wyrównuje się w każdym miejscu na świecie.

Przypominamy też nasz film o Janie Kowalczyku "Oko trzeba mieć".

Fot. Karol Rzeczycki, www.history.fei.org, www.legia.com


W tym tygodniu

  • CSI5*W Stuttgart GER
    14-18.11.18
           
  • CSI4* Rouen FRA
    15-18.11.18
           
  • CSI2* Besiekierz Rudny POL
    15-18.11.18
           
  • HZO2* Leszno POL
    16-18.11.18
           

Ranking PZJ (31.10.2018)

1. Jarosław Skrzyczyński 4350
2. Wojciech Wojcianiec 2974
3. Krzysztof Ludwiczak 2737
4. Michał Kaźmierczak 2002
5. Adam Grzegorzewski 1681
6. Kamil Grzelczyk 1686
7. Maksymilian Wechta 1681
8. Jan Bobik 1641
9. Andrzej Opłatek 1088
10. Mściwoj Kiecoń 823
  CAŁY RANKING  

Polacy w rankingu FEI

 61 Jarosław Skrzyczyński 1645
138 Wojciech Wojcianiec 1150
172 Krzysztof Ludwiczak 1005
  Stan na 31.10.2018  
Nie masz jeszcze konta? Zarejstruj się!

Zaloguj się